24.03.2017

0 Komentarzy

SZMACIANY RECYKLING NA SKALĘ EUROPEJSKĄ

Lumpeksy, lumpy, ciucholandy a w wersji  „posh” sklepy vintage. Słowem- sklepy z używaną odzieżą i innymi akcesoriami na wtórnym rynku. Kto nie lubi łazić po lumpach? Oczywiście są i tacy, którzy się brzydzą, bo mają w głowach obraz polskiego zapyziałego pomieszczenia na parterze kamiennicy, w którym czuć stęchliznę i Bóg jeden wie kto nosił te szmaty.

W Polsce jeszcze kilkanaście lat temu przybytki tego typu wyglądały cokolwiek biednie, w wielkich pudłach kotłowały się spodnie, swetry, szaliki, koce. Na oko z lat 90tych i pewnie nawet 80tych. Sam fakt, że aby zdobyć coś sensem trzeba przekopać się przez kilogramy rzeczy różnej maści już stwarza dyskomfrot i wymaga wielkiej determinacji. Choć moim zdaniem czasami warto, żeby potem błyszczeć czymś innym, a za pół darmo.

Tak czy inaczej, jednym śmierdzą, dla innych to kopalnia skarbów. Od tamtych czasów wiele zmieniło się w rodzimych szmateksach.  Jesteśmy od kilku lat w Unii Europejskiej, gdzie otwarty rynek spowodował swobodny przepływ wszelkich dóbr.  W tym odzieży używanej.  Jakim cudem jednak w polskich lumpeksach znajdziemy nowości z Asdy? W takim na przykład Dzierżążnie, w powiecie czarnkowsko-trzcianeckim, proszę Państwa, znajdował się swego czasu dom mody prosto z UK. Cała rozmiarówka angielska, jest w czym wybierać.  Totalny misz-masz, łącznie z biżuterią. Jakaż we mnie radość wstąpiła, kiedy zajrzałam tam i znalazłam kilka zacnych drobiazgów, w przyzwoitej cenie. Bo przecież głównie o oszczędność tu chodzi. I raczej ilość, a wiadomo, kobieta musi mieć w czym wybierać, żeby mieć na co narzekać podczas codziennej udręki wybierania stosownego okrycia i doboru akcesoriów.

Temat nie dawał mi spokoju, ponieważ po powrocie do Wielkiego Miasta, z którego pochodzi moja skromna osoba, gdzie lump na lumpie w centrum (i menele! Według Bogusia Lindy), wiszą szyldy  „odzież zachodnia” albo „odzież z Anglii”. Wchodzę więc do jednego z nich, żeby poćwiczyć tricepsy przeglądając wiszące fatałaszki na górnym wieszaku i zagaduję sympatyczną sklepową, skąd ona te skarby ma. Bo widzę, że bluzka marki George, ta sama i w tej samej cenie po przeliczeniu wisiała kilka miesięcy temu w Asdzie.  Odpowiada mi wówczas dość tajemniczo, nie wnikając w szczegóły, że przyjmuje towar na tiry i że ma swoich zbieraczy.  Nie miałam odwagi drążyć,  bo jeszcze zza bramy wyskoczyłby do mnie jakiś łysy typ i strzelił mi w pysk. Nigdy nie wiadomo, a Polak Polakowi wilkiem, i każdy orze jak może.  Nie mój cyrk, nie moje małpy.

Innym razem zastałam scenę, która tłumaczyłaby sekret zbieraczy.  Większość  z nas spotkała się z pojemnikami PCK na używane ubrania, które umiejscowione są na większości polskich osiedli, wedle mojej najlepszej wiedzy.  Pewnej niedzieli we wczesnych godzinach popołudniowych jeden z nich był tak przepełniony, że ułożono wokół niego kilkanaście toreb i worków, pełnych rozmaitości. W przeciągu kilku godzin wszystkie zniknęły. Mniej więcej co godzinę pojawiała się jakaś młoda osoba, która te torby podbierała, rozglądając się niepewnie dookoła. W ten sposób kilka osób zagrabiło ładnych parę kilo dóbr dla potrzebujących.

Moja matka rodzona wpadła ongiś w szał robienia na drutach. Plotła i plotła, trzaskała to szalik, to pled, to bolerko. Kiedy zaś jej przeszło i opatrzyły się niektóre z tych rękodzieł, pozostawiła je przy budce śmieciowej, na tzw. wystawce dla amatorów hand eco made i innych takich przyśmietnikowych arcydzieł.  Po paru dniach znalazła swój osobiście wydziergany szalik w jednym z miejskich lumpeksów. Trudno było o pomyłkę, bo przeca był unikatowy.

 

 

W UK sklepów charity jest od groma. I w samej nazwie tkwi sedno sprawy, że są to sklepy prowadzone przez organizacje charytatywne. Co prawda w większości zatrudniani są renciści oraz, jakby to ująć delikatnie, osoby niepełnosprawne w ten czy w inny sposób. Towary ułożone są kolorami i rozmiarami, podzielone tematycznie.  Często znaleźć można i dobre książki, filmy, muzykę, no i oczywiście ciuchy tzw. high street, czyli z sieciówek, nieużywane, często z metkami. Bo Anglików stać na to, by coś kupić bez przymierzania, przez internet, albo nie nosić zakupionych sukienek wcale. Są też przypadki, że pośmiertnie wydaje się ubrania, wiadomo.  Mnie to osobiście nie przeszkadza, o ile ktoś nie umarł w tych szmatach, tylko nie sposób tego dociec. Może i lepiej. Czy ubranie może być nawiedzone?

Każdy może przyjść do takiego charity i oddać w dobre ręce swoje niechciane dobra i przyczynić się do rozwoju badań nad rakiem albo do zakupienia karmy dla bezdomnych zwierząt.  Potem, jeśli towar zostanie „opchnięty” organizacja charytatywna wysyła kartkę dziękczynną, że oto moja bluzka została sprzedana za 2 funty i że są nam dozgonnie wdzięczni. Miły gest.  Ludzie często zostawiają worki przed sklepami charity, które zabierane są do środka z rana przez pracowników (tudzież wolontariuszy), segregowane i oddawane do czyszczenia. Wszystko cacy.  Więcej miejsca w szafie, sumienie spokojne, jedziemy dalej (kupować kolejne szmaty!). Przedświąteczna sklepowa atmosfera zachęca tymczasem do kolejnych wydatków, a poza tym co innego można robić w tym okresie, jeśli za oknem mamy 50 shades of grey.

Wracając do wcześniej wspomnianych zbieraczy… Wydawać by się mogło, że to właśnie stąd pochodzą angielskie perełki z Asdy, w takim na przykład Dzierżążnie.  I wtedy moje sumienie już czystym nie jest.  Nie podoba mi się to, że przyczyniam się do pomnażania czyjegoś majątku w ten sposób. Nie podoba mi się to wcale, chociaż nie ulega wątpliwości, że nasza (czytaj polska) pomysłowość w robieniu pieniędzy jest godna podziwu.

Zajrzyjmy w czeluście swoich szaf i komód. Zróbmy porządki jak przystało na prawdziwych Polaków i katolików, dajmy coś od siebie.  Dla pewności polecam oddanie worka do rąk pracownika sklepu, wtedy mniejsza szansa, że któryś z naszych ziomków pokusi się o nadanie paczki na eksport do Ojczyzny.

 

Kobieta pracująca

Absolwentka Wydziału Prawa i Administracji UŁ, Coventry University College z certyfikatem level 3 z zakresu prawa rodzinnego oraz dyplomowany projektant wnętrz po łódzkiej ASP.

Szczęśliwa psia i kocia matka, która ku przerażeniu najbliższych znosi do domu porzucone i bezbronne włochate dzieci.

Od 2005 roku namiętnie i czasem bez wzajemności romansuje z Wielką Brytanią, choć kocha Polskę  miłością beznadziejną

Wykonywała tyle zawodów, że nie jest w stanie ich wszystkich wyliczyć na jednym wydechu. Pracowała między innymi jako tłumacz, sekretarka, asystentka stomatologiczna, otarła się o fabrykę i koszmar korpoświata. Opiekowała się starszymi i niepełnosprawnymi. Najbardziej cieszą ją najmniej dochodowe zajęcia, takie jak pisanie czy szlifowanie drewna.

Lubi kuchnię eksperymentalną, nie znosi marnotrawstwa.

 

Komentarze